Helldivers

Gry nastawione na kooperację wciąż odnoszą sukcesy. Ten stan rzeczy raczej szybko nie ulegnie zmianie – tylko w tym roku mieliśmy do czynienia z Vermintide, early accessowym Killing Floor 2, czy też z dedykowanymi trybami współpracy w dwóch największych FPS-ach tego roku, czyli Call of Duty: Black Ops III i Halo 5: Guardians. Mieliśmy również Helldivers na PlayStation 4, które właśnie doczekało się wersji pecetowej. I chociaż w moim przekonaniu najlepszymi doświadczeniami co-opowymi pozostaną Monaco: What’s Yours is Mine i zniszczone mikrotransakcjami PAYDAY 2, tak przyznaję bez bicia, że cieszy mnie ten urodzaj.

Gra szwedzkiego studia Arrowhead Games (odpowiedzialnego m.in. za Magickę) przedstawia graczowi świat odległej przyszłości. Ludzkość nie żyje już na Ziemi, ale zamieszkuje Super Ziemię, na której panuje demokracja zarządzana. Panuje dosłownie i w przenośni, ponieważ nie jest ona jedynie systemem politycznym, ale namacalną wręcz ideą. Wyprani z mózgów jej mieszkańcy egzystują jedynie po to, aby szerzyć wspomniany ustrój na cały wszechświat, nieszczególnie wychwytując jej ideę. Najczęściej robią to zresztą poprzez mordowanie oponentów wolności za pomocą tytułowych Helldiverów.

Oglądałeś film zatytułowany „Starship Troopers” Paula Verhoevena? Pytam, gdyż twórcy Magicki prawdopodobnie przywoływali wspomniany obraz kilkukrotnie. Sporo bowiem tutaj bezpośrednich cytatów z filmu; występuje w grze także wszechobecna ksenofobia i gloryfikacja wojny, za które Verhoeven tak bardzo znienawidził książkę Roberta A. Heinleina, jaką notabene ekranizował. Ton, w jaki uderza Helldivers jest przy tym mniej subtelny niż filmu holenderskiego reżysera. Przewija się w nim m.in. odezwa prezydenta Johna W. Killjoya, który tłumaczy wypowiedzenie wojny obcym, posiadaniem przez nich „broni masowego rażenia”, w nawiązaniu do słynnej wypowiedzi George’a W. Busha… W efekcie powyższego rasa Cyborgów ląduje na czarnej liście Super Ziemi, gdyż jeden z jej zwolenników dokonał samobójczego ataku, w którym życie straciło aż ośmiu cywili. A wiedzieć musisz, że jest to dostateczny powód, aby zmobilizować całe wojsko i dokonać aktu ludobójstwa.

A co z całą resztą?

Mam jednak bardzo mieszane uczucia wobec całej tej otoczki. Z jednej strony, interesująco jest prowadzić złą frakcję, zwłaszcza po zalewie pozytywnego science-fiction opowiadającą o tym, jaka to ludzkość nie jest wyjątkowa – tutaj jest to po prostu banda kretynów sterowana przez kilku cynicznych bandytów. Z drugiej, większość elementów zawartych w grze jest zrobionych połowicznie. Świetne, animowane przerywniki propagandowe kontrastują z tanimi zagrywkami, takimi jak ciągłe okrzyki postaci graczy o walce za demokrację i wolność czy wspomniane aluzje polityczne. Nie jest to wprawdzie wielki problem, ale po twórcach Magicki, która sprawnie łączyła slapstick, absurd i subtelny humor słowny, oczekiwałem czegoś więcej. Oczywiście nie każda gra z przemocą w tle musi mieć ambicje serii Metal Gear Solid, czy też Hotline Miami, ale mimo wszystko szkoda, że Szwedzi z Arrowhead Games nie pokusili się o ćwierć nuty więcej. Mogę im to jednak darować, gdyż z mechaniką rozgrywki poradzili sobie znakomicie.

Helldivers to kooperacyjna strzelanina (tzw. twin-stick shooter) z widokiem z góry – wykonywać przyjdzie Ci interesujące misje, zdobywać nowy sprzęt oraz ulepszać go, odkryć nowe poziomy trudności… Typowa sesja w grze wygląda na papierze dość podobnie: wybierasz planetę, wyruszasz na nią, wykonujesz przekazane Ci polecenia i docierasz do punktu ewakuacyjnego, gdzie przez półtorej minuty (czekając na statek) przyjdzie bronić się przed napływającymi falami oponentów. Wspomniane wcześniej nieustanne wojny toczone przez ludzkość z kosmiczną rasą obcych stanowią w tym przypadku metagrę – sukcesy i porażki wszystkich graczy wpływają na ich przebieg, a celem długofalowym jest przejmowanie kolejnych sektorów galaktyki. Nie jest to nowy pomysł, ale bardzo zgrabnie spaja on elementy rozgrywki. To trzeba przyznać.

Gracz ma sporą kontrolę nad przebiegiem wydarzeniem i odpowiednim przygotowaniem się do misji. To Ty wybierasz konkretne miejsce, w którym ją rozpoczniesz, kolejność wykonywania zadań narzucasz sobie sam i to również do Ciebie należy dobranie ekwipunku. A potencjalnych opcji jest tutaj sporo – nieustannie odblokowujesz nowe rzeczy, a w dodatku każdą z dostępnych rodzajów broni możesz kilkukrotnie ulepszyć. Najwięcej możliwości dają jednak „Manewry” – każdy gracz może przed misją wybrać dowolne cztery, z których może skorzystać w trakcie trwania misji. Należą do nich zarówno różne typy nalotów i dodatkowa broń, jak i ciężki sprzęt w postaci egzoszkieletów, wozów opancerzonych czy wieżyczek wartowniczych. Zrzuty ekwipunku rodzą nowe możliwości na polu walki, zaś umiejętne z nich korzystanie może uratować nawet przed niepowodzeniem. Są przy tym rozsądnie zbalansowane – nie trywializują rozgrywki, co niestety zdarza się nadmiernie często…

KLIKNIJ W OBRAZEK I OBEJRZYJ TRAILER!

helldivers_wideo_ustatkowanygracz

Kolejną rzeczą, która sprawia, że w Helldivers gra się wyjątkowo dobrze jest specyficzne tempo gry, które narzuca dużą ostrożność. Ważną rolę w całej tej układance odgrywa „friendly fire”, jako że gracze mogą i będą się w toku misji zabijać. Nie tylko niecelnymi granatami czy strzałami, ale także z pomocą wspomnianych „Manewrów”. Nie chodzi tu jednak wyłącznie o masakrę, jakiej potrafi dokonać niefortunnie rozstawione działo obrotowe, ale choćby o zwykłe wezwanie dodatkowej amunicji, bowiem spadający z nieba kontener może pozbawić Cię życia. Opanowanie sztuki nierobienia sobie krzywdy to przy tym czubek góry lodowej – trzeba bowiem zwracać uwagę na zachowania przeciwników. Obcy patrolują planety i posiłki wzywają jedynie wówczas, gdy im na to pozwolisz. Dlatego nie tylko należy stale się pilnować ale także zastanawiać się, czy podjęcie walki jest opłacalne… Lekceważenie przeciwnika i rozwiązywanie problemów poprzez nieustający atak często kończy się masakrą i zaskoczeniem osoby grającej. Duży nacisk położony został również na mobilność – wolniej poruszasz się podczas strzelania, a woda lub śnieg spowalniają sterowaną przez Ciebie postać do tego stopnia, że czasem należy skorzystać z niewątpliwych zalet egzoszkieletu bądź pojazdu, aby móc wezwać posiłki i zerknąć przy okazji na mapę. Wreszcie kwestia amunicji – masz jej naprawdę mało, a żeby jej zapasy uzupełnić, należy znaleźć na to czas. I sposobność… Na papierze brzmi to może skomplikowanie, ale w praktyce bardzo szybko można opisywany system przyswoić. Siła recenzowanej produkcji tkwi bowiem w tym, że choć sporo zaimplementowano interesujących rozwiązań, łatwo je przyswoisz dzięki przystępnej formule twin-stick shootera. W ten sposób gra bardzo organicznie wymusza współpracę między graczami, co z kolei przekłada się na ogromną satysfakcję.

Granie w singlu? Nie!

W Helldivers jednak nie powinno grać się w pojedynkę. W grupie łatwiej bowiem o rozsądny (i różnorodny) dobór „Manewrów”, a wzajemne pilnowanie się odgrywa w szwedzkiej produkcji kluczową rolę. Z kolei przez charakterystykę zadań i wszechobecny chaos, zabawa z randomowymi osobami często równoznaczna jest z żenującym doświadczeniem. Jest to jednak przypadłość wielu gier kooperacyjnych.

Oprawa audiowizualna stoi na wysokim poziomie. Styl graficzny nie wybija się wprawdzie ponad przyjętą normę, ale po pierwsze jest funkcjonalny, a po drugie tworzy interesującą aurę (co szczególnie mocno widoczne jest na planetach leśnych, na których klimat porównywalny jest do znanego Ci zapewne z kultowego „Predatora”). Udźwiękowienie tytułu wypada zresztą równie interesująco, ale już muzyka… Cóż, ta nie wyróżnia się niczym szczególnym a w dodatku nad wyraz często powtarzany soundtrackowy leitmotif potrafi wryć się w mózg na tyle dosadnie, że być z tego faktu zadowolonym to jak cieszyć się na myśl o sadomasochistycznym podwieszaniu – tylko nielicznym sprawi to przyjemność.

W ogólnym rozrachunku jednak, recenzowany tytuł to przemyślana, poprawnie wykonana i wciągająca gra z odpowiednio dużą głębią rozgrywki. I chociaż boli mnie nieco płytkość świata, tak przy zastosowanej formule mechaniki nie stanowi ona nad wyraz poważnego problemu. Warto się wykosztować pod warunkiem, że ma się chętnych do gry znajomych lub sporo cierpliwości do internetowych, szaleńczych trolli z głębin Internetu. Samemu można najwyżej pobawić się godzinkę, do czasu aż poziom trudności zacznie dawać się we znaki do tego stopnia, że kompletnie zabije najpierw tempo rozgrywki, a następnie potencjalną przyjemność czerpaną z grania.


Co przemawia za kupnem tej gry? Bardzo przemyślana, satysfakcjonująca rozgrywka oraz mnogość możliwości jakie daje.

Stanowi jednak małą wartość dla pojedynczego gracza, jak również jest dowodem na zmarnowany potencjał świata i humoru.

Autor Jacek Wandzel

Niegdyś student projektowania gier na Uniwersytecie Śląskim w Sosnowcu, teraz doktorant. Kurator gier wideo katowickiego festiwalu Ars Independent. Wierny fan Hideo Kojimy, Chrisa Avellone'a, Yoko Taro i Shigesato Itoiego. Jeśli spotkasz go na żywo, przygotuj się na awanturę o to, że nie oglądasz JoJo's Bizarre Adventure / nie ukończyłeś Red Dead Redemption II. Podobno napisał kiedyś tekst, który miał mniej niż 13 000 słów, ale plotka ta pozostaje niepotwierdzona. Ustatkowany Gracz. Z twarzy.