Rise & Shine

Ekipa Super Mega Team rozpoczyna rok premierą pełnej akcji platformówki zatytułowanej Rise & Shine. Kto by pomyślał, że już w styczniu przyjdzie czas znów odeprzeć inwazję agresywnych kosmitów. Czy fani gatunku mogą w pełni odprężyć się przy tej pięknie wykonanej produkcji?

Nowy rok w branży gier wideo to początek oczekiwań i nowych wyzwań, które spaja ogólny optymizm. Z platformówką Rise & Shine wiązałem wiele nadziei, podziwiając piękne tła i oczekując pełnej wyzwań strzelaniny. Ostatecznie okazało się, że styczeń rozpoczął się małym falstartem; podczas testowania gry poznałem nowy synonim frustracji a hiszpańska produkcja zamiast z rozrywką kojarzy mi się rwaniem resztek włosów z głowy. Szkoda to o tyle duża, że elementom stricte rozrywkom niewiele można zarzucić, logiczne momenty potrafią wciągnąć, ale już mocno wyśrubowany poziom trudności potrafi skutecznie zniechęcić do zabawy. No chyba, że nie przeszkadza Ci branie udziału w prawdziwym festiwalu respawnów.

Ze śmiercią mu do twarzy

Rise jest jednym z obywateli planety Gamearth. Niestety radość mieszkańców i ład panujący na tej satelicie zostają przerwane za sprawą agresywnych kosmitów, mających w planach destrukcję wszystkiego co napotkają na trajektorii swoich kosmicznych podróży. Po śmierci wybitnego wojownika, Rise zostaje właścicielem gadającego w najlepsze pistoletu nazywanego (jak pewnie się domyślasz)… Shine. Teraz ten błyskotliwy duet musi zrobić porządek z agresorami. Fabuła nie jest mocnym punktem gry, jednak odpowiednie dawkowanie gagów na wysokim poziomie jest mocnym atutem tytułu. Co jakiś czas możesz nawet uśmiechnąć się pod nosem, bowiem twórcy często starają się nieco rozluźnić klimat wszechobecnej pożogi, dodając podczas przygody wiele interesujących smaczków.

Niestety to tylko krótkie chwile, gdyż Rise to nie Rambo; jego pasek energii kurczy się w zastraszająco szybkim tempie. Mogę zrozumieć, że to młody obywatel atakowanej planety, a nie opancerzony osiłek, jednak wyzwanie zręczności i opanowania zastąpione zostało tu sprawdzianem pełnym zniechęcenia. Nawet jeśli udało mi się wyeliminować wszystkich wrogów, to równie dużym problemem był nie dający się odeprzeć grad pocisków. Łącząc podwójny podskok, uniki i zmiany trybów broni przy tak dużej ilości pojawiających się zewsząd oponentów i z mało odpornym na obrażenia bohaterem, akcja nader często kończyła się zgonem. Co tylko wzmagało u mnie zdenerwowanie.

“Press any button to restart”

Właśnie z tym napisem będzie kojarzyć mi się Rise & Shine. Jeśli cierpliwość to Twój towar deficytowy a wyważoną trudność rozgrywki stawiasz na głównym planie, nawet kijem nie trącaj platformówki autorstwa Super Mega Team. Pamiętasz widowisko zgonów w Ori and the Blind Forest? Tutaj jest ich o wiele więcej! Developer pomylił wyzwanie z grubą przesadą, starając się zakamuflować frustrująco trudną mechanikę pięknym wykonaniem zniszczonej planety. Tła są bowiem nad wyraz kolorowe i pełne szczegółów, co z pewnością jest mocną stroną tytułu. Na wykonanie Rise & Shine nie można napisać choćby jednego złego znaku, a przemierzane w grze lokacje urzekają od początku do końca przygody. Przerywniki ukazane w komiksowym stylu dodają szczypty klimatu, z kolei walki z wyjątkowo udziwnionymi bossami zmuszają nie tylko do ładowania w nich kolejnych magazynków, ale również do wprawienia w ruch szarych komórek.

Rise & Shine

Shine potrafi błysnąć, szczególnie po odblokowaniu kolejnego trybu pozwalającego np. sterować pociskiem czy walczyć za pomocą bomb. Do gustu szczególnie przypadł mi pierwszy sposób walki z licznym adwersarzem, gdy wystrzelonym nabojem trzeba pokonać długą drogę, aby rozłupać czaszkę zaborcy. Ten sposób prowadzenia bitwy to prawdziwy popis zręczności, wytrwałości i wielkiej dozy szczęścia. Celne nakierowanie i wystrzeliwanie bomb również sprawia sporo frajdy, a etapy rozgrywane na statku zapamiętam z powodu ciągłego naciskania prawego spustu aż do… skurczu palca. Czasem trafiłem na (w pełni dającą się zniszczyć) kamienną osłonę, więc nawet ukrycie się za nią nie gwarantowało spokoju, a tylko jeszcze większy stres i wymuszało bardziej precyzyjne celowanie we wrogów, przy jednoczesnym chowaniu się za nią . Ekspresowe celowanie i strategiczne myślenie to klucz do wygranej.

Rise & Shine, czyli przeładuj & zgiń

W Rise & Shine można grać według powyższego schematu, ale równie często przyszło mi zaczynać zabawę od “zgiń”. Na szczęście checkpointy są idealnie rozłożone (nie trzeba nadrabiać nazbyt wiele), a prób jest nieskończenie wiele więc bez końca (ale i bez uśmiechu na ustach) możesz toczyć walkę o planetę. Oczywiście jeśli cierpliwość i umiejętności pozwolą Ci na to. Wczytywanie poziomu po zgonie trwa szybko, jednak negatywne wrażenie odniosłem w związku z czasem ładowania się nowych lokacji. Niestety, twórcy jakby martwiąc się o kondycję psychiczną i pasek frustracji graczy, zaoferowali przygodę na zaledwie kilka godzin. W tym przypadku jest to chyba jednak pozytywna wiadomość…

Zdecydowanie więcej spodziewałem się po nowej produkcji Super Mega Team, oczekując pięknie wykonanej gry platformowej, z luźną rozgrywką i trzeźwym wyzwaniem. Ostatecznie udało się tylko to pierwsze, z przemyconymi kilkoma interesującymi rozwiązaniami. To jednak zdecydowanie za mało, aby gra spełniała swoją rolę, usprawiedliwiając tym samym premierową cenę.


Za plus poczytuję solidne wykonanie Rise & Shine oraz kilka motywów zastosowania trybów niezwykłego pistoletu.

Fanom gatunku radzę jednak poczekać na sowitą przecenę lub na stosowny pakiet Gold. Odbiorcy, szczególnie ci ustatkowani, oczekują relaksu przy konsoli, a hiszpańska produkcja jest prawdziwym egzaminem opanowania, będącym przecież towarem deficytowym po dniu pełnym wyzwań w pracy.

Autor Marcin Wronka

Choć Marcin od dziecka wychowany był na prymitywnych wirtualnych światach, zauroczony jest nimi do dziś. Gry wideo nosi w sercu i od wielu lat przelewa myśli z nimi związane na papier. Recenzjami stara się zaintrygować odbiorcę, w publicystyce zarażać zaś swoją pasją. Poszukiwacz pozytywnych stron życia, ceniący doświadczenie i nieprzychylnie nastawiony do szeroko pojętej głupoty. Ustatkowany gracz.