Silence

Switch to wyjątkowa konsola. Nie dlatego nawet, że jawnie kontynuuje mało zrozumiałą dla niektórych politykę Nintendo, plując mimochodem w twarz “pełnoprawnym” konsolom. Przede wszystkim sprawdza się jako nisza dla wszelkiej maści gier indie, które dzięki niej docierają do szerokiego grona odbiorców. Większe i bardziej rozpoznawalne tytuły sprzedają się na niej na pniu, mniejsze zaś trafiają w gusta rzeszy ludzi, którzy Switcha nabyli, ale gardzą kolejnymi produkcjami z Marianem w roli głównej.

Ciężko jednoznacznie wskazać, do którego grona zaliczyć Silence, chociaż bardziej skłaniałbym się ku drugiej grupie. Średnio rozpoznawalny (warto jednak dodać, że jest sequelem gry The Whispered World – przyp. red.), bez nagłośnionej akcji marketingowej promującej wydanie tytułu na Switchu, po cichu przemykając przez świadomość odbiorców… miło zaskakuje. Czym dokładnie?

Prezencją

Silence wygląda ładnie. Nie możemy tutaj mówić o rozwiązaniach znanych z najnowszej odsłony God of War, gdyż i nie kaliber to odpowiedni, i odbiorca docelowy nie ten, ale jak na tytuł, który ma trafić przede wszystkim do fanów staroszkolnych gier przygodowych, sprawdza się doskonale. Może od całości odbiega nieco animacja postaci w quasi-przerywnikach filmowych, sprawiając wrażenie miejscami lekko zrywającej framerate, ale już sama rozgrywka jest płynna, graficznie spełniając swoją rolę aż nadto. Przy okazji warto również wspomnieć, że w tego typu pozycjach ważną rolę odgrywają ręcznie rysowane tła, muzyka budująca napięcie oraz skrypt scenograficzny. I ponownie, wszystko jest w porządku. Nie zapada wprawdzie nic z wyżej wymienionego głęboko w pamięć, ale i przyczepić się jest niespecjalnie do czego.

Pomysłowością i konstrukcją zagadek

Gra jest trudna. Początkowe lokacje może niespecjalnie przemawiają za tym stwierdzeniem, ale wiedzieć musisz, że jeden z bohaterów gry może zmieniać stany skupienia, przez co wiele logicznych łamigłówek rozwiązuje dzięki tej dogodności. W praktyce jednak trzeba wziąć poprawkę na to, że wpaść na rozwiązanie jest dosyć trudno. Silence hołduje bowiem staroszkolnym grom z gatunku point’n’click, więc uświadczysz tutaj momentami abstrakcyjności rozwiązań, jak w przypadku próby pozyskania ekstraktu z owoców, który finalnie okazuje się być gorzki. Oprócz więc naturalnego dodania miodu, należy całość podgrzać, co wcale nie jest łatwym zadaniem, gdyż aby to zrobić należy rozwiązać zadanie z czaszkami i hełmem…

Oczywiście taka struktura zagadek ma swoich fanów, szczególnie pośród ustatkowanych graczy z rozrzewnieniem wspominających czasy sławetnej produkcji LucasArts. Na plus dla dzisiejszych odbiorców warto wskazać na fakt, że nie wszystkie zagadki mają wysoki poziom trudności, a niektóre wręcz da się ukończyć metodą “na Jana”, klikając gdzie się da na byle czym.

Lokalizacją

Niezmiernie cieszy mnie za to lokalizacja. Choć nie jestem fanem wpychania jej wszędzie na siłę, na Switchu mamy akurat jej nieurodzaj, więc każdą przyjmuję z otwartymi ramionami, jakkolwiek zła by nie była (już całkiem abstrahując od faktu, że nie licząc pierwszej odsłony serii The Banner Saga, nie miałem przyjemności zagrać w żaden inny tytuł przetłumaczony na język polski – przyp. red.). Co więcej, gra posiada również dubbing oraz przetłumaczone na nadwiślański slang napisy, co mimowolnie zwiększa immersję z bohaterami i pozytywnie wpływa na odbiór recenzowanej produkcji.

Starając się wskazać na wady Silence, wspomnieć powinienem w zasadzie o dwóch mankamentach, tj. braku wykorzystania możliwości panelu dotykowego Switcha oraz samą fabułę, która nie porywa na tyle, aby wspominać ją po latach z uśmiechem na ustach. Doskonale pamiętam rozgrywkę w The Whispered World; ten poziom trudności, dwuwymiarowe, ręcznie rysowane plansze oraz historię, która choć infantylna, pozwala na czerpanie radości płynącej z przygód Spota. A w tym nieformalnym sequelu, ani postać Renie, ani Noah niespecjalnie przemówiły do mnie. Choć zaznaczam – to subiektywna opinia. Tobie może już przypaść do gustu.

Wszystko powyższe prowadzi nas do prostej konkluzji. Jeśli lubisz gry przygodowe, gatunek point’n’click jest w Twojej opinii mocno zaniedbany a na widok logotypu Daedalic Entertainment uśmiechasz się mimochodem – inwestuj bez obaw. Jeśli jednak na Switcha zerkasz jak na brzydkie kaczątko świata konsol, zaś synonimem słowa “gry” są dla Ciebie najbardziej rozpoznawalne pozycje na PlayStation 4, możesz spokojnie odpuścić sobie recenzowany tytuł. Ten przeznaczony jest bowiem dla smakoszy, którzy nie tylko spróbują znaleźć w nim więcej dobra niż niżej podpisany, ale również potrafią się nim degustować aż do ujrzenia napisów końcowych.


Gra potrafi przekonać do siebie nie tylko ustatkowanych graczy zapatrzonych w konkretny gatunek, ale również przyjemnie zaskoczyć prezencją, muzyką i polską lokalizacją.

Zagadki są jednak momentami frustrujące, sposoby na ich rozwiązanie abstrakcyjne a skrypt scenograficzny nieco odbiega od (moich) oczekiwań.

Autor Mateusz Czerwiński

Mateusz jest człowiekiem niebojącym się nowych wyzwań, bez względu na formę, jaką te przyjmują. Propaguje gry wideo gdzie tylko i w jaki sposób może (zarówno na łamach prasy drukowanej, w internecie oraz w telewizji), bowiem uznaje je za krewną sztuki audiowizualnej. Jest jednocześnie ustatkowanym graczem i ojcem kolekcjonującym doświadczenie z różnych dziedzin życia. Kocha gry narracyjne, pamięta czasy NES-a.