Warhammer Vermintide

Stary Świat jest moim ulubionym uniwersum w grach fabularnych. Przesiąknięty Chaosem, skąpany w świetle Mannslieba i Morrslieba kontynent pełny jest mrocznych tajemnic i odrażających istot. Są wśród nich Skaveni, czyli szczuroludzie, wykorzystujący do własnych celów spadający z drugiego księżyca spaczeń. To właśnie ta rasa odgrywa główną rolę w grze Warhammer: The End Times – Vermintide, stworzoną przez szwedzkie studio Fatshark. Możliwość stawienia im czoła jako jeden z bohaterów Warhammera była dla mnie nie lada gratką.

Gry nastawione na multiplayer cieszą się coraz większą popularnością, co zresztą widać w kalendarzach wydawniczych wielu producentów. Tylko w ciągu ostatniego miesiąca pojawiły się na łamach Ustatkowanego Gracza trzy recenzje tytułów przeznaczonych do zabawy wyłącznie online – genialne Star Wars: Battlefront, bardzo dobre Helldivers oraz skierowane raczej do wąskiego grona odbiorców Chivalry: Medieval Warfare. W międzyczasie ukazał się Vermintide, oferujący tysiące Skavenów do ubicia.

Rys fabularny w Vermintide

Akcja The End Times rozgrywa się w opanowanym przez Skaveny mieście Ubersreik. Pomioty Chaosu bezczelnie przechadzają się ulicami górniczego miasta Reiklandu atakując każdego, kto pojawi się w zasięgu ich czerwonych ślepi. Jedynym ratunkiem jest grupa czterech śmiałków, pośród których – a jakże! – znajdujesz się właśnie Ty. Twórcy udostępnili pięć klas postaci. Możesz być łowcą czarownic, krasnoludzkim wojownikiem, żołnierzem Imperium, elfią przepatrywaczką lub czarodziejką parającą się ogniem. Do zabawy wymaganych jest czterech graczy, jednakże każdy z nich powinien wcielić się w inną postać, aby poziom rozgrywki był odpowiednio zbalansowany. Musisz bowiem wiedzieć, iż produkcja Szwedów jest wymagająca, a kluczem do osiągnięcia sukcesu jest współpraca całej drużyny. Jeśli akurat nie masz chętnych do wspólnego oczyszczania miasta, pozostałymi postaciami może kierować algorytm SI, jednak wówczas doznania są mocno dyskusyjne. Sprawę dodatkowo utrudnia fakt, że boty są kompletnymi debilami. Wielokrotnie zdarzało się, że padając w kałużę własnej krwi, usilnie błagałem o pomoc, a tymczasem kompan stał obok sztywny jak pal Azji.

Stwierdzenie, że rozgrywka w Vermintide jest kurewsko intensywna najlepiej oddaje to, z jakim tytułem masz do czynienia. Akcja nie zwalnia tempa nawet na chwilę, a hordy szczuroczłeków dosłownie zalewają ulice Ubersreik. Przypomniały mi się czasy największych batalii w WFRP, gdy ścierwa pokonanych wrogów mlaskały pod ciężkimi okuciami naszych buciorów. Dzieci Rogatego Szczura atakują zewsząd, nie dając nawet sekundy na złapanie oddechu. Bruk spływa hektolitrami krwi upuszczonej pokonywanym mutantom. Choć totalna rzeź może sugerować, że szwedzki Warhammer jest tępą rąbanką, już w pierwszej misji da się zauważyć, że bez sprawnego wykorzystywania umiejętności poszczególnych postaci i przemyślanej współpracy można zapomnieć o choćby cieniu sukcesu. Misje są bowiem tak skonstruowane, że drużyna najzwyczajniej w świecie musi trzymać się razem. Nie ma bowiem w grze miejsca dla herosów-indywidualistów, olewających w najlepsze kompanów. Na każde z trzynastu wyzwań, którym przyjdzie Ci sprostać, składa się m.in. podrzucanie beczek z prochem pod zaryglowaną bramę, targanie worków z zapasami lub obrona określonej lokacji – a wiedzieć musisz, że to pierwsze z brzegu przykłady. I choć finalnie płytka całość sprowadza się do wyrżnięcia w pień adwersarzy, dobrze że istnieje fabularny naparstek.

Na Twojej drodze staną tysiące Skavenów, przy czym zdecydowana ich większość to jednostrzałowcy. Raz sieknięci mieczem lub toporem padają trupem w szkarłatnoczerwonej kałuży. Trafiają się jednak prawdziwie szczurze skurwysyny, z którymi nie pójdzie już tak łatwo. Rat Ogre roznosi na ten przykład każdego, kto zdecyduje się podejść do niego nazbyt blisko. Z kolei Ratling Gunner obraca wszystko w perzynę kanonadą wypuszczaną z XM214. Są też miotacze granatów spaczeniowych oraz skrytobójcy. Do walki, oprócz standardowego oręża, możesz użyć znalezionych w porozrzucanych na mapie skrzyniach mikstur zwiększających siłę lub szybkość, eliksirów leczących oraz bomb. Za wykonanie każdej misji nagradzany jesteś dodatkowym orężem. Co jednak ciekawe, wcale nie musi to być kosa znacznie lepsza od tej, którą obecnie posiadasz. Cóż, taki już urok dark fantasy. Nigdy nie zapomnę wielogodzinnych sesji zakończonych epicką walką z wymagającym przeciwnikiem i nagrody w postaci… niczego. Cieszyliśmy się z tego, że w ogóle udało się przeżyć! Podobnie jest w Vermintide, szczególnie na wyższych poziomach trudności.

Czy ujęły nas technikalia?

Od strony technicznej, produkcja Fatshark prezentuje bardzo nierówny poziom. Z jednej strony podziwiać Ci przyjdzie niezwykle klimatyczne, przyzwoicie wykonane lokacje oraz świetne modele Skavenów, a z drugiej zauważysz sporo drobnych błędów, zanikające udźwiękowienie oraz (najbardziej irytujące) problemy z detekcją kolizji. Wprawdzie niedoskonałości nie mają znaczącego i bezpośredniego wpływu na rozgrywkę, jednak po cichu liczę na to, że twórcy wyeliminują je cerując błędy dopracowanymi łatami. Irytujące jest bowiem ciągłe oglądanie przenikających się wzajemnie wrogów, którzy po dekapitacji utrzymują się wbrew sile grawitacji w mocno nienaturalnych pozycjach. Jeśli jednak wspomniane potknięcia nie są dla Ciebie szczególnie przejmującym problemem, wsiąkniesz w Vermintide szybciej, niż krew szczuroczłeków w brukowane ulice Ubersreiku. Wszystko za sprawą doskonale zaprojektowanych prowincji. Kanały miasta prezentują się pierwszorzędnie, a widok szarżującego Ogre’a oraz świadomość, że nie ma przed nim dokąd uciec sprawią, że włos zjeży Ci się na dupie. Muzyka potęguje mroczną atmosferę, jednak zdarza się jej… w sposób nagły i niczym niezapowiedziany umilknąć niemalże do końca misji. Nie najlepiej jest również z komentarzami i okrzykami bohaterów, którzy brzmią (delikatnie rzecz ujmując) nieadekwatnie do swojego wyglądu.

Warhammer: The End Times – Vermintide jest grą, którą miłośnicy Starego Świata pokochają. Jest tu wszystko, za co można ubóstwiać opisane uniwersum. Jeśli jednak wcześniej nie miałeś styczności z fabularnym systemem Games Workshop, polecam Ci przezorne przetestowanie produkcji Fatshark przed ewentualnym zakupem, ponieważ może ona nie spełnić Twoich oczekiwań. Mnie pochłonęła jednak bez reszty.


Niewątpliwymi plusami rzeczonej pozycji jest walka, klimat Warhammera wręcz wylewający się z ekranu monitora, elementy kooperacji i wykreowane postacie.

Aczkolwiek grający zwrócą uwagę na drobne błędy techniczne, szczątkową fabułę oraz głupie jak but u lewej nogi boty.

Autor Adam Ginel

Adam to ustatkowany gracz z krwi i kości. Mąż, ojciec, a także wieloletni miłośnik elektronicznej rozrywki w formie wszelakiej. Gry wideo traktuje jako coś znacznie powyżej zwykłego hobby, wynosząc je ponad inne pasje – muzykę i książkę – dostrzegając jednocześnie, jak wiele mają one wspólnego z innymi sferami jego zainteresowań.